Historia zwykĹa jak Ĺźycie
ToĹka, nie przeszkadzaj â mĂłwi sÄ
siad, choÄ Pani Antonina nie zdÄ
ĹźyĹa jeszcze nic powiedzieÄ, za to ciepĹo uĹmiechnÄĹa siÄ i serdecznie zaprasza na maĹy poczÄstunek. A sÄ
siad, jak to sÄ
siad, zawsze chÄtny do pogawÄdki, snuje potoczyĹcie, nie koĹczÄ
ce siÄ opowieĹci. Któş go nie zna na osiedlu? Starsze pokolenie chyba wszyscy. NajmĹodsi coraz mniej.  Cóş cywilizacja pognaĹa do przodu. Tam gdzie kiedyĹ byĹo uprawne pola dziĹ swoje palczaste bryĹy blokowisk rozpostarĹa spĂłĹdzielnia mieszkaniowa wpuszczajÄ
c korzenie dla setek mieszkajÄ
cych tu teraz brzeĹźan. Nowi mieszkaĹcy zdoĹali siÄ juĹź tu zadomowiÄ. To bloki na ul. Makarskiego.
Lecz wĂłwczas, kiedy Pan JĂłzef SadowiĹski przyjechaĹ tu w 1945 r. to byĹ prawdziwy Dziki ZachĂłd. Na osiedlu poĹudniowym w Brzegu przylegajÄ
cym do poniemieckiego basenu wĂłwczas kwaterowali radzieccy oficerowie. ZajÄli oni miejsce po wypÄdzonych w styczniu Niemcach. Strach byĹo tÄdy chodziÄ. GwaĹt i ĹmierÄ w nieoĹwietlonych uliczkach byĹy pieczÄciÄ
zdobywcĂłw, ktĂłrzy z zapalczywoĹciÄ
gromadzili wojenne Ĺupy.
Pan JĂłzef wspomina, Ĺźe na osiedlowych uliczkach staĹy kolczaste zasieki, a on sam jakiĹ czas mieszkaĹ z Niemcem, ktĂłry nie zdÄ
ĹźyĹ uciec przed frontem. ByĹo tak Ĺźe w jednym domku mieszkali: Niemcy, Polacy ze Wschodu i Rosjanie.
Powoli sowieckie wojsko zaczÄĹo ustÄpowaÄ, a tam mieszkania zajmowali repatrianci ze Wschodu i powracajÄ
cy z Niemiec wiÄĹşniowie obozĂłw i przymusowi robotnicy. ZresztÄ
na âziemie odzyskaneâ zjeĹźdĹźali wszyscy, ktĂłrzy z najróşniejszych wzglÄdĂłw zaczynali tutaj Ĺźycie od nowa.
Na osiedlu zwanym PoĹudniowym, oddalonym od centrum miasta, z ogrodami i komĂłrkami w latach czterdziestych, piÄÄdziesiÄ
tych i jeszcze później wszyscy siÄ znali. Ĺťycie toczyĹo siÄ rytmem wĹaĹciwym bardziej dla wsi niĹź miasta, zwĹaszcza Ĺźe na obrzeĹźach byĹy uprawiane dziaĹki â pola. WiÄzi miÄdzy sÄ
siadami byĹy inne, bardziej sÄ
siedzkie. MieszkaĹ sÄ
siad ktĂłry miaĹ konia , wĂłz, pĹug, brony i woziĹ wÄgiel a w wolnych chwilach oraĹ sÄ
siadom dziaĹki. DziĹ najstarsi sÄ
siedzi wykruszajÄ
siÄ, odchodzÄ
zabierajÄ
c ze sobÄ
kawaĹek tamtego Ĺwiata.
Ale wrĂłÄmy do sÄ
siada. Otóş znany z gawÄdziarstwa, peĹen ĹźyczliwoĹci do ludzi, zawsze szczery, nie zdarzyĹo siÄ bowiem, aby nie ugoĹciĹ jakÄ
Ĺ przekÄ
skÄ
, nie poczÄstowaĹ, nie mĂłwiÄ
c o napitku wĹasnego wyrobu,
siadywaĹ na Ĺaweczce koĹo domu, zawsze znajdujÄ
c grono oddanych sĹuchaczy i opowiadaĹâŚ
âŚByĹo to przed wojnÄ
, kiedy u dziedzica sĹuĹźyĹ jako kucharz. Dziedzic miaĹ dwĂłr w Turka – Borszczewie i tysiÄ
c morgĂłw ziemi w Tarnopolskiem.  Tak a propo`s trunkĂłw wyrabiali u dziedzica najróşniejsze trunki, z czego win aĹź 14 gatunkĂłw w wielkich beczkach zaopatrzonych w kraniki. ZamiĹowanie do wyrobu wina sÄ
siadowi pozostaĹo do dzisiaj. Potrafi zrobiÄ taki bukiet smakowy, Ĺźe trudno odgadnÄ
Ä, co Ăłw tworzy, lecz zawsze smakuje wybornie. Pij – zachÄcaĹ â bo to na zdrowie, na apetyt, na krÄ
Ĺźenie. Dobre na wszystko. Dobre, bo smaczne.
W czerwcu  1999 r.  JĂłzef i Antonina SadowiĹscy obchodzili swoje 60- lecie poĹźycia maĹĹźeĹskiego.
Wspominali majÄ
c kawaĹ Ĺźycia za sobÄ
.
PoznaliĹmy siÄ przez herbatkÄ â wspominaĹ JĂłzef SadowiĹski, – ChĹopak byĹem⌠(tu przeciÄ
gĹe cmokniÄcie miaĹo wyraziÄ samouznanie). Z wojska na urlop przyjechaĹem. To byĹo po pierwszym roku sĹuĹźby. Mundur miaĹem piÄkny. ByĹa szabelka, ostrogi, przecieĹź w uĹanach sĹuĹźyĹem. W 1936 r. powoĹany zostaĹem do wojska, trafiĹem do âŚ.. DostaĹem urlop, przyszedĹem do siostry ToĹki w Zabudowie, juĹź mÄĹźatka, a ToĹka (Ĺźona Antonina) szprotka jeszcze wtedy byĹa.
– To ja jemu herbatÄ zrobiÄ â ofiarowaĹa siÄ i tak mnie tym ujÄĹa, Ĺźe mĂłwiÄ
c po prawdzie, jak ona tÄ
herbatÄ podaĹa, pomyĹlaĹem: Â âona bÄdzie mojaâ. Tak teĹź siÄ staĹo.
Ĺťycie przÄdĹo swojÄ
niÄ.
A któş z sÄ
siadĂłw nie zna barwnych opowieĹci starego uĹana, co to ĹźoĹnierskie Ĺźycie zna od kuchni. SĹynÄ
z tego Ĺźe lubiĹ : kobitki, smacznie zjeĹÄ, snuÄ gawÄdy i ĹpiewaÄ, a przy tym przypominaÄ kresowe piosenki, dumki, dykteryjki , rusko â ukraiĹsko â polskie powiedzonka i przysĹowia. Rzecz jasna Ĺźe czym dĹuĹźej opowiadaĹ, tym bardziej dosadne i rubaszne siÄ stawaĹy. Lubiany za tÄ
gawÄdÄ czÄsto stawaĹ siÄ duszÄ
towarzystwa na imieninach, chrzcinach, czy weselach. Lecz jak siÄ rozrzewniĹ, uderzaĹ w bardzo krwawe, bolÄ
ce wspomnienia. I rzecz szczegĂłlna â to raczej obrazy, sytuacje, ludzie, klimaty niĹź dramaturgia majÄ
ca swojÄ
akcje. Â SwojÄ
wiedze o przeĹźyciach opowiadaĹ zapadĹymi w pamiÄci fragmentami, jako Ĺźe czÄsto przeskakiwaĹ z miejsca na miejsce z czasem w inny odlegĹy czas.
Dramatyczne obrazy pojawiajÄ
siÄ z kampanii wrzeĹniowej 1939 r. kiedy walczyli w Puszczy Kampinoskiej w sĹawnej bitwie nad BzurÄ
, gdzie ĹmierÄ kosiĹa skrupulatnie towarzyszy, a puĹkownicy sobie w skroĹ strzelali. UĹaĹskie konie z rozlegĹymi ranami ginÄĹy w cierpieniach rĂłwnie jak ranni kompanii, ktĂłrzy natarczywie prosili o ĹmierÄ. Sam takĹźe zostaĹem ranny – opowiada. – Przysypanego w piachu odnaleĹşli mnie sanitariusze.  Dopiero w warszawskim szpitalu pozbieraĹem siÄ, lecz tuĹacza droga powiodĹa mnie z powrotem na wschĂłd w ramach wymiany chorych miÄdzy Niemcami a RosjÄ
.
Wraz z innymi wiÄĹşniami jechaĹem pociÄ
giem , w ktĂłrym wszyscy byli przekonani, Ĺźe wiezie nas na ĹmierÄ. Jednak ja ocalaĹem. Dane mi byĹo wrĂłciÄÂ do matki, do domu. Chory jeszcze i wycieĹczony ostatni etap odbyĹem piechotÄ
, okoĹo 20 km brnÄ
Ĺem nocÄ
w marcowym chĹodzie. Nad ranem odnalazĹ mnie mĂłj wĹasny pies. Paskiem od spodni uwiÄ
zaĹem psa, ktĂłry przywlĂłkĹ mnie na prĂłg domu.
NastÄpna fala tragicznych przeĹźyÄ wiÄ
Ĺźe siÄ z mobilizacjÄ
do drugiej Armii Wojska Polskiego, tworzonej w ZSRR.
– Z armiÄ
Berlinga trafiĹem znowu pod WarszawÄ, gdzie z przeciwlegĹego brzegu WisĹy przyglÄ
daĹem siÄ, jak dogorywa Powstanie Warszawskie. Po raz kolejny byĹem ranny. MiaĹem roztrzaskanÄ
rÄkÄ i odĹamki w gĹowie. TrafiĹem do szpitala w Otwocku. ByĹ 1944 rok. Jak mi siÄ nieco polepszyĹo, zaczÄ
Ĺem pracowaÄ w kuchni szpitalnej. W kuchni miaĹem ciÄĹźkÄ
prace, ale takĹźe sposĂłb na przetrwanie. Obiad dawali późno, blisko godz.17.00. JedliĹmy kaszÄ – takÄ
nie pĹukanÄ
. BolaĹo mnie serce na to jedzenie. MĂłwiÄ do lekarki o tym jedzeniu, Ĺźe przecieĹź z tego moĹźna coĹ zrobiÄ lepszego, a doktorka zaprowadziĹa mnie do kuchni tak  jak staĹem â czyli w kalesonach. ParÄ dni siÄ tam pokrÄciĹem, dali mi mundur i powiedzieli: BÄdziesz tu zarzÄ
dzaĹ. Naczelnik to byĹo fajne chĹopisko, byĹ Ĺťydem. SpytaĹ skÄ
d ja jestem i ile tam ĹťydkĂłw byĹo? Tam, skÄ
d ja jestem, byĹo okoĹo 2 tysiÄcy. BÄdziesz tu pracowaĹ â mĂłwi. – BojÄ siÄ tu pracowaÄ â mĂłwiÄ, – bo tu wszystkie Ruskie, choÄ ja po rusku mĂłwiÄ.
– Ciekaw jestem, czy oni mnie nie oszukujÄ
â no nic to â mĂłwi â musisz pracowaÄ. Ty bÄdziesz pracowaÄ, a oni ciebie bÄdÄ
sĹuchaÄ.
Rok tam pracowaĹem. Kuchnia poszĹa w ruch. Oni wyrzucali kartofle, bo nie chcieli ich wyskrobywaÄ, a przecieĹź ĹźoĹnierz chciaĹ jeĹÄ. PoszedĹem do naczelnika i mĂłwiÄ, Ĺźe wezmÄ do pomocy chorych, bo kartofle siÄ marnujÄ
i jarzyny teĹź. Doktorka daĹa mi 50 chorych. â Ja ich nakarmiÄ â mĂłwiÄ. â One biedne tak przez okno zaglÄ
dajÄ
, a my tylko w lesie i w lesie, kobiety nie widzieli. A byĹy tu dziewczÄta, Kozaczki i Ruskie wiÄc posadziĹem piÄciu chĹopakĂłw, a jednÄ
miÄdzy nich. -Â WeĹş go pocaĹuj â mĂłwiÄ â i ze Ĺpiewem.
Ze Ĺpiewem obierali kartofle. Oni je ubierajÄ
, a ja im obsmaĹźkÄÂ robiÄ, z baraninÄ
i z kartoflami. - Harna kartoszka â chwalili. Kluski zrobiĹem im maszynkÄ
. Ĺťebym co ukradĹ, a to nie, bo inni podkradali i wynosili.
Ja im podsmaĹźyĹ, najedli siÄ i szĹo. PrzyszĹa nastÄpna zmiana i naczelnik pyta: – Jak to jest, przedtem byĹy takie maĹe porcje, a teraz takie duĹźe? A ja mu nic nie mĂłwiÄ, Ĺźe juĹź drugÄ
zmianÄ kartofle skrobiÄ
. ChĹopaki wyskrobywali te ziemniaki po wojskowemu, cieniuĹko. Pani, dobrze mnie byĹo, ale to byĹ juĹź koniec. PracowaĹo siÄ co dzieĹ, po 20 godzin, ale obiad byĹ gotowy na pierwszÄ
godzinÄ. Tak ciÄ
gnÄ
Ĺem.
Powoli zaczÄli robiÄ odprawki i zwalniaÄ do cywila. Raz przyszedĹem po nocy, poĹoĹźyĹem siÄ, a tu sĹyszÄ: âJĂłzik, wstawajsjaâ – Czto takoj? ( tu padĹo sÄ
Ĺźniste przekleĹstwo), kopnÄ
Ĺem go zĹy. â Ty mnie nie trogaj, Jak ty przyszedĹ ze zmiany, to ja ciebie nie ruszam â mĂłwiÄ. â PomoĹźesz jeszczyk pryniesti. â WaĹka, ja jeszczyki tobie nie pomoĹźu niesti. Ty mnie nie znajdziesz. Ja poĹoĹźyĹsja oddchaÄ , a ty mnie nie targaj. A on â JĂłzik, wstawaj jaszczykâŚ! Ja siÄ patrzÄ, a to moja baba przyjechaĹa, patrzÄ siÄ, a tu i dzieciak jest.
– Pani,  takie brudne byli, mam jeszcze zdjÄcie. A byĹo tak: dwĂłch Ruskich pojechaĹo po prowiant. Ĺťona na stacji ich spotkaĹa i pyta: gdzie jest BorĂłw i szuka takiego JĂłzika na kuchni?  Oni jej na to, Ĺźe jest, ale z takimi usami (pokazujÄ
na wÄ
sy). A ja rzeczywiĹcie wÄ
sy zapuĹciĹem, byĹem jako demokrata: âZ przodu Ĺata, z tyĹu Ĺata i to caĹy demokrataâ.    Tak teĹź przywieĹşli mi niespodziankÄ. Zaraz poleciaĹem do naczelnika i mĂłwiÄ mu: Ĺźe Ĺźonie UkraiĹcy zamordowali rodzicĂłw i jest tutaj â opowiadam mu. ChciaĹem, Ĺźeby mnie zwolnili, ale on mĂłwi:
– Co, Ĺşle ci tu? Masz jedzenie, spanie. Zabierali jeszcze wtedy ĹźoĹnierzy frontowych w Bieszczady. Naczelnik mĂłwi do mnie: – PrzeĹźyĹeĹ wojnÄ, to czego. SiedĹş cicho. Nie zginÄ
ĹeĹ na froncie, to tam zginiesz.
Raz przyjechaĹa komisja, sprawdzali frontowych. Mnie ostrzegĹa siostra Lubka, Kozaczka ze szpitala. Uciekaj do lasu â uprzedziĹa. WiÄc ukryĹem siÄ przed komisjÄ
.  ŝonÄ w drodze obrabowali, zostaĹa bez niczego, ale z dzieckiem i starym kocem. Nie byĹo Ĺşle. KwaterÄ miaĹem, ĹźonÄ, dziecko, a jeszcze chciaĹem do cywila. ByĹem wyczerpany, praca byĹa ciÄĹźka, 24 godziny na dobÄ.  Tyle tylko, co gĹowÄ gdzieĹ przyĹoĹźyĹem. A byĹy dwie kuchnie do obsĹuĹźenia, bo czÄĹÄ wojska odprawiana byĹa, wyjeĹźdĹźali do Rosji.
Czasem późnym wieczorem przychodziĹ puĹkownik, enkawudzista. Stuk, puk w drzwi â sĹyszÄ. â Co tam? â pytam. A on to byĹ wielka szyszka. ZawĹźdy prychodiĹ poszamaÄ â (zawsze przychodziĹ zjeĹÄ). Litra wĂłdki ze sobÄ
przyniĂłsĹ, chciaĹ sobie pojeĹÄ tatara. PojadĹ, popiĹ i poszedĹ. A resztÄ kazaĹ posprzÄ
taÄ. MĂłj kapitan chciaĹ, Ĺźebym zrobiĹÂ jakieĹ nieporozumienie z nim. MĂłwi do mnie: Nie dawaj jemu jeĹÄ, bo on ciebie zamknie. Bo powie, Ĺźe ty kradniesz i jemu dajesz. â Kola â mĂłwiÄ â ja jemu daĹ pokuszaÄ, a on wyniĂłsĹ. Jak przyszedĹ drugi raz, ja jemu wĂłdkÄ wyciÄ
gnÄ
Ĺem. On mi mĂłwi:
– JĂłzik, kakoj ty durak, ja tobie to ostawiĹ. (jakiĹ ty gĹupek, ja tobie to zostawiĹem). A ja jemu mĂłwiÄ, Ĺźe mnie tu piÄ nie wolno. Po prawdzie w kuchni nie piĹem wĂłdki wcale.
Z melancholiÄ
wspominam sowieckiego oficera, co mi przysĹugÄ oddaĹ. ByĹ czĹowiekiem. Pewnego razu przyszedĹ na kuchniÄ. PozaglÄ
daĹ, pozaglÄ
daĹ, a byĹo juĹź dobrze po pĂłĹnocy. MĂłwiÄ mu, Ĺźe wszyscy odpoczywajÄ
, w garnkach naszykowane, wrze (bo kotĹy parowe), kartofle naskrobane. A on:
– No Ĺadna (no dobrze). PochodziĹ po dziurach, pozaglÄ
daĹ wszÄdzie. Ale nic, nikogo nie byĹo.
â Wsio w pariadku (wszystko w porzÄ
dku?) â pytam. A on rÄkÄ
za pazuchÄ siÄga i coĹ wyciÄ
ga. MyĹlÄ, Ĺźe bÄdzie strzelaÄ. A on:
– Ty masz  dokumenty, ty urze graĹźdanin (jesteĹ obywatelem). – Bieri Ĺźenu, â mĂłwi – rybionku i ujeĹźdĹźaj, gdie choczesz. (Bierz ĹźonÄ, dziecko i wyjeĹźdĹźaj, gdzie chcesz). PodziÄkowaĹem mu, uĹcisnÄ
Ĺem. Ty juĹź jesteĹ cywil, masz tu ĹźonkÄ, dziecko, jutro juĹź do pracy nie wychodĹş, a ja mu tĹumaczÄ â Towarzyszu puĹkowniku, ja muszÄ obiegĂłwkÄ zrobiÄ. On mĂłwi
â Ciebie odchodnaja nie dotyczy. Ty pracujesz jako chory. Ty tu nie jesteĹ na etacie. Ty im ĹaskÄ robisz. Rano przyszedĹ Kola, mĂłj kapitan i budzi mnie.
â JĂłzik, wstawaj do roboty. StraszyĹ, groziĹ, w koĹcu prosiĹ i prĂłbowaĹ czym to mnie przekupiÄ, Ĺźebym poszedĹ do pracy. â Nie pĂłjdÄ â mĂłwiÄ – poza tym muszÄ siÄ za 24 godziny zgĹosiÄ w wojskowym biurze meldunkowym.
Nina Sergiwna, doktorka zapytaĹa mnie, czy ja mam coĹ na drogÄ.
â Towarzyszko wracz (doktorko), ja nie mam nic, poza okrÄ
gĹe palce. Jestem szczÄĹliwy, Ĺźem przeĹźyĹ wojnÄ, jestem miÄdzy ludĹşmi i tak bÄdÄ ĹźyĹ.
Od niej przez dwĂłch braci WilniakĂłw, co robili teĹź na kuchni, dostaĹem kuferek smalcu i worek mleka w proszku. To juĹź bidy nie ma â myĹlÄ sobie. Wieszczowyj mieszok* (*legendarny plecak ĹźoĹnierzy sowieckich) wziÄ
Ĺem ze sobÄ
i pojechaĹ do Ĺźony, ktĂłra tymczasem ulokowaĹa siÄ u rodziny w Tarnowie. WyruszyĹem na ĹlÄ
sk do Boborowa szukaÄ miejsca do Ĺźycia. Potem trafiĹem do Wlenia, koĹo Jeleniej GĂłry, ale tam wszystko byĹo zaminowane. W Brzegu byĹem trzy razy, krÄciĹem siÄ, ale tu w kaĹźdym domu byĹy Ruskie. Na tym osiedlu, gdzie teraz mieszkam, spotkaĹem jednego, co mĂłwiĹ po polsku, pytam siÄ go, czy nie chce siÄ tutaj osiedliÄ? A on na to, Ĺźe jest Niemcem i on siÄ tutaj nie osiedli, bo on i jego Ĺźona tutaj mieszka.
â Panie – mĂłwi do mnie – weĹş sobie, bo moje juĹź wyszabrowane.
Panie Hanclik â mĂłwiÄ â ja nie jestem partyjny, nie jestem NKWD ani gestapowiec, nie chce osiedlaÄ siÄ tak na chama. To on na to:
– Jak tak, to zapraszam do mieszkania. Ja wchodzÄ i widzÄ obrazy ĹwiÄte, przeĹźegnaĹem siÄ do obrazu i pocaĹowaĹem go. PatrzÄ, a tam siedzi jego matka.
â Pana Ĺźona to bÄdzie moja matka â mĂłwiÄ â a Groβmuter (babcia),  to bÄdzie mojej Ĺźony matka.
Tak teĹź siÄ tu zakwaterowaĹem. W PaĹstwowym UrzÄdzie Repatriacyjnym dostaĹem kartki jako wojskowy i zaraz po zameldowaniu wrĂłciĹem do Ĺźony do Tarnowa. Na ulicy kupiĹem kozÄ. GĹupio jakoĹ, bo ĹźoĹnierz, a kozÄ prowadzi, ale – myĹlÄ sobie â bÄdzie mleko. Ĺťona z rodzinÄ
z JarosĹawia wyjechaĹa wagonem towarowym. W Brochowie, kiedy stali na bocznicy, Ĺźona poszĹa za chlebem i Ĺledziami. Wagon doczepili, a w miÄdzyczasie koza siÄ okociĹa. PociÄ
g ruszyĹ, a tu maĹe koĹşlÄta, zaĹ Ĺźona przepadĹa. DojechaliĹmy do Brzegu, a Ĺźona â widzÄ – Â idzie. DojechaĹa pociÄ
giem osobowym. Z PUR-u przyjechali zaraz spisywaÄ. Szybko wysiadĹem, bo przecieĹź ja juĹź byĹem zarejestrowany. Idziemy do tego nowego domu na osiedlu za torami, wspĂłlnego z niemieckÄ
rodzinÄ
, gdzie Ruskich byĹo peĹno na kaĹźdym kroku. PrzyprowadziĹem ĹźonÄ, kozÄ i dzieciaka, a Hanclik na ten widok do mnie mĂłwi: ile ty masz Ĺźon? A ja siÄ ĹmiejÄ, ta wczeĹniej to byĹa poĹźyczona, a teraz jest prawdziwa. I tak ĹźeĹmy siÄ osiedlili. PrzywieĹşliĹmy ze sobÄ
caĹÄ
walizkÄ jaj. ByĹ Â wielkanocny piÄ
tek 1946 roku.
ZaczÄ
Ĺem krÄciÄ siÄ za robotÄ
. ChciaĹem do Fabryki SilnikĂłw, a oni Ĺźe chcÄ
spawalnikĂłw. PoszedĹem do naczelnika na stacji kolejowej i mĂłwiÄ:
– DzieĹ dobry â A ty Jóźko, ty skÄ
d â pyta Naczelnik DÄ
browski. On mnie nie znaĹ, tylko po akcencie poznaĹ, Ĺźe to swĂłj, znaczy  zza Buga.
– Panie DÄ
browski, – mĂłwiÄ, – chciaĹem siÄ do jakiejĹ roboty zĹapaÄ.  W tym czasie EkspedycjÄ zajmowali, wiÄc dzwoni i pyta zawiadowcÄ, Ĺźe tu jakiĹ inwalida wojenny chce trawÄ kosiÄ. ZgĹosiĹem siÄ na odcinek drogowy i oni mi mĂłwiÄ
:
– JuĹź tu od dzisiaj pracujesz. ZbieraliĹmy jeszcze trupy. Byli jeszcze Niemcy.
Pewnego razu przychodzi zawiadowca odcinka drogowego i szef stoĹĂłwki Pan Surma. WoĹajÄ
mnie:
– ChoÄ na stoĹĂłwkÄ, bo tam taki burdel jak choroba â mĂłwi Surma.
PoszedĹem. KotĹy byĹy w takich blaszakach powyginanych, poniszczonych, Ĺźe wszystko to na nic. W Brzegu byĹa fabryka kotĹĂłw wojskowych i bagnetĂłw. WiÄc furmankÄ
pojechaliĹmy po kotĹy. Surma baĹ siÄ, ze  Ruskie nie dadzÄ
. PrzyjechaliĹmy, a Ruskie pytajÄ
: po co?
To ja po rusku, Ĺźe
– Nada sup wariÄ, (trzeba zupÄ ugotowaÄ) – na co Ruskie:
– Biery, czort z tamoju. (Zabieraj, czort z tobÄ
).
Kuchnia szĹa, wszystko nabieraĹo normalnoĹci. Jedzenie nie byĹo najgorsze. AĹź tu Naczelnik DÄ
browski mĂłwi do mnie: ty wyrywaj stÄ
d, bo kuchniÄ bÄdÄ
likwidowaÄ. Roboty nie byĹo, ale ja pojechaĹem do WrocĹawia, Ĺwistek zaĹatwiĹem na skierowanie. I tak mnie zatrudnili jako ĹźoĹnierza i inwalidÄ wojennego. Tak teĹź przepracowaĹem na PKP do koĹca.
Tu, na osiedlu mieszkaĹo jeszcze kilkoro NiemcĂłw, ale reszta – to juĹź byli Polacy. Temu Hanclikowi, jak siÄ zbieraĹ do wyjazdu, powiedziaĹem:
– Niech Pan zostanie, Pan po polsku rozmawia, ja Panu krzywdy nie zrobiÄ, a ja sobie gdzieĹ mieszkanie poszukam.
– Wam  przyszedĹ rozkaz jechaÄ i nam przyszedĹ rozkaz jechaÄ â mĂłwiĹ mi. MiaĹ licznÄ
rodzinÄ. ProsiĹ, Ĺźebym przez dziesiÄÄ lat stÄ
d nie wyjeĹźdĹźaĹ, bo zaraz rozszabrujÄ
mieszkanie, a my za dziesiÄÄ lat tu wrĂłcimy â tak mĂłwiĹ.
Ruskie byli wszÄdzie, w PÄpicach,  ŝĹobiĹşnie, Skarbimierzu, Brygidkach, i w caĹym mieĹcie. Wieczorem trudno byĹo na osiedlu przejĹÄ, Ĺźeby nie zostaÄ zatrzymanym. Na osiedlu mieszkali oficerowie, ale i motĹoch. W budynku obok szkoĹy (na 1-go Maja) staĹa radiostacja. KiedyĹ nawet mnie zamknÄli, obok dzisiejszego PKS-u, jak szedĹem na noc do stoĹĂłwki. PrzyszedĹ oficer, potem drugi, pytajÄ
, co ja tu robiÄ? A ja mĂłwiÄ, Ĺźe pracujÄ na kolei, no to mnie odprowadzili.
***
Pochyleni nad zdjÄciami urwaliĹmy tok wspomnieĹ, bo wszystkich przecieĹź nie sposĂłb jeszcze raz przeĹźyÄ. Ĺťycie jest przecieĹź takie bogate, lecz ten skrawek pomyĹlaĹam warto zanotowaÄ.
Jolanta Krzewicka
Š wszelkie prawa zastrzeşone
TÄ historie odszukaĹ z archiwaliĂłw Kuriera Brzeskiego Krzysztof SoĹtys. Wielkie dziÄki. UkazaĹa siÄ ona w 2 odcinkach w 1999 r.
Informacja.
Pan JĂłzef SadowiĹski ur. 1915 r. zmarĹ w 2015 r. PrzeĹźyĹ 100 lat. Na Osiedlu PoĹudniowym w Brzegu mieszkaĹ przez 70 lat. Jego Ĺźona Antonina SadowiĹska   przeĹźyĹa 86 lat, zmarĹa w 2007 r.
Turka â miasto na Ukrainie, w obwodzie Lwowskim. Do 1939 r. Turka byĹa miastem powiatowym w woj. Lwowskim w Polsce. Teraz Turka jest oddalona o niespeĹna 13 km od granicy z PolskÄ
. Liczba ludnoĹci â 7 140 osĂłb ( 2013 r.)