Pomnik poległym z oddziału “Bartka”

5 czerwca 2019 r. w środę była upalna pogoda, a słońce jakoś szczegĂłlnie rozjaśniło uroczystość, na ktĂłrą specjalnie oczekiwano. Odsłonięto bowiem pomnik, postawiony  na “polanie śmierci” na terenie byłego lotniska w Starym Grodkowie, ktĂłry  budzi respekt. Uroczystość miała  charakter oficjalny i wzięły w niej udział przedstawiciele władz państwowych, rodziny pomordowanych z Beskidu Śląskiego, cĂłrka kpt. Henryka Flamego, przedstawiciel MON, prezes IPN Jarosław Szarek, prof. Krzysztof Szwagrzyk, przedstawiciel Wojewody Opolskiego, posłowie i przedstawiciele władz samorządowych.  Odczytano list od Prezydenta RP Andrzeja Dudy, list z kancelarii Premiera RP Mateusza Morawieckiego, kompania honorowa 1 Brzeskiej Brygady SaperĂłw im. Tadeusza Kościuszki w Brzegu, chĂłr wojskowy, poczty sztandarowe organizacji i harcerze ZHR i ZHP. Przyjechało wiele delegacji stowarzyszeń, klubĂłw i organizacji, wolontariusze pomagający w pracach wykopaliskowych. Honorową wartę  trzymały wszystkie słuĹźby mundurowe oraz wojsko. Upamiętnione miejsce zostało przekazane pod opiekę samorządu lokalnego gm. Skoroszyce, Grodkowa oraz Nadleśnictwu.

We wrześniu 1946 r.  Ĺźołnierze z oddziału “Bartka” kpt. Henryka Flamego, do końca wierni sprawie niepodległości, zginęli  lecz pozostali niezwyciężeni.  Do końca Ĺźycia pozostali wierni,  a ślady po nich na wiele lat zatarto – lecz jak się okazało nie na zawsze.

Pomnik to wysoki na 6 m krzyĹź kamienny. Przy znalezionych szczątkach odkopano wiele pamiątek, ktĂłre znalazły swĂłj symboliczny wymiar na pomniku, gdzie znajdują się repliki orła w koronie, ryngrafu z Matka Boską Ostrobramską i krzyĹźa harcerskiego. Symboliczne groby kamienne z głazĂłw znajdują się w miejscu, gdzie znaleziono szczątki pomordowanych.  Przy pomniku stoi zaś zrekonstruowany szkielet baraku, w ktĂłrym zginęli partyzanci. Barak wĂłwczas został zaminowany, a nad ranem  wysadzony w powietrze. Specjalna grupa NKWD-dzistĂłw z Warszawy zrobiła ostrzał z lasu do tych Ĺźołnierzy, ktĂłrzy się  ratowali ucieczką z baraku. Zginęło 30 osĂłb. Po tej zbrodni osobiście przyleciał na miejsce  z Warszawy minister Radkiewicz.  Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego bowiem zorganizowało specjalną akcję pod kryptonimem “Operacja Lawina”.

3 maja w centrum Wisły 1946 r. Ĺźołnierze “Bartka” – Zgrupowanie 7 Okręgu Śląskiego Narodowych Sił Zbrojnych -  zorganizowali  przemarsz w mundurach, demonstrując swĂłj opĂłr przeciw  komunistycznym władzom. WśrĂłd zachowanych archiwaliach jest zdjęcie z przemarszu zgrupowania w lesie.

Postawienie pomnika  jest uwieńczeniem wielu lat poszukiwań, pracy badawczej, trwaniu w pamięci najbliĹźszych i w świadomości społecznej i wreszcie niezgody na zakłamanie. Bohaterowie, ktĂłrzy zginęli z rąk przecieĹź nie obcych najeĹşdĹşcĂłw – lecz  pomordowani przez SłuĹźbę Bezpieczeństwa komunistycznego reĹźimu – dziś stają się dla kolejnego pokolenia symbolem wierności idei niepodległości.

Byliśmy świadkami, jak  głęboko skrywana prawda o losach tych bohaterĂłw powoli wychodziła na jaw. Po wykonaniu pełnej poświęcenia i mozolnej pracy badawczej  Instytutu Pamięci Narodowej, historykĂłw posługującymi się nowoczesnymi technikami badawczymi – społeczeństwu została przywrĂłcona pamięć o tych bohaterach, o ktĂłrych wiedzieliśmy niewiele, bowiem pamięć ich wprawdzie tkwiła głęboko wśrĂłd rodziny, wąskiego grona zapaleńcĂłw i w powierzchownej świadomości społecznej,  jednak  brakowało niezbitych dowodĂłw. Dziś to juĹź nie są jedynie domysły, są to potwierdzone i udokumentowane  fakty. Ich historia stała się przedmiotem pracy monograficznej naukowcĂłw, a dziennikarze śledzą rozwĂłj wydarzeń związanych z przywracaniem pamięci, honoru i czci.

 

Orszak Trzech KrĂłli

Jak co roku barwny orszak na czele z gwiazdą Betlejemską  przeszedł ulicami miasta Długą, Staromiejską wokół Rynku ulicą Zamkową i skierował się na dziedziniec, gdzie liczni przybyli brzeżanie kolędowali. Mogli też zobaczyć przedstawioną przez dzieci scenę z dworu Heroda i zrobić sobie zdjęcie z trzema królami Kacprem, Melchiorem i Baltazarem  rolę których odegrali trzej mieszkańcy Brzegu. Oczywiście centralną atrakcją jak zawsze stała się Święta Rodzina, która zainscenizowała miejsce narodzin Jezusa w Betlejem. Tym razem symboliczne Betlejem mieściło się pod krużgankami na zamkowym dziedzińcu. Organizatorzy po raz pierwszy wraz z dyrektorem Muzeum Piastów Śląskich, starostą powiatu i burmistrzem zatańczyli poloneza.Zorganizowany został też  konkurs na najładniejszą koronę. Z symbolicznymi chorągwiami orszaku szli brzescy harcerze z Czarnej Trzynastki, a w tym roku po raz pierwszy szła młodzież z klas mundurowych z brzeskich szkół. Organizatorem brzeskiego marszu była Niepubliczna Szkoła Podstawowa im Św. Tomasza z Akwinu wspólnie z władzami samorządowymi miasta i powiatu.

6 stycznia 2019 roku ulicami 752 miejscowości oraz 22 miast zagranicą w 13 państwach. W Polsce był to już jedenasty Orszak Trzech Króli.W tym roku, z okazji 40 rocznicy pierwszej pielgrzymki do Polski Jana Pawła II, przejdziemy pod hasłem „Odnowi oblicze ziemi”. W orszakowym scenariuszu znajdziemy wiele odniesień do nauczania Ojca Świętego, rozpoznamy tytuły jego książek, Encyklik, Adhortacji, a także fragmenty jego najbardziej znanych kazań i wypowiedzi.

Pod hasłem “Odnowi oblicze ziemi” Trzej KrĂłlowie wędrowali do Stajenki, Ĺźeby pokłonić się Dzieciątku Jezus. Wraz z nimi w drogę do Betlejem udało się 1,2 mln uczestnikĂłw!

PapieĹź Franciszek wspomniał o Orszaku po modlitwie “Anioł Pański”, a Para Prezydencka wzięła udział w Orszaku w Wadowicach. Powiedzieć sukces, to za mało! – napisali na swojej stronie organizatorzy orszaku.

Pokaz jazdy kawaleryjskiej

W stulecie obchodów Odzyskania Niepodległości w Brzegu miał miejsce pokaz jazdy kawaleryjskiej, a także fechtunku i skoków.

Ułani  zrzeszeni w  Stowarzyszeniu Pamięci 19 Pułku Ułanów Wołyńskich im. gen. Edmunda Różyckiego w Opolu

Rejestracji Stowarzyszenia 19 Pułku Ułanów Wołyńskich Ryszard Smoczkiewicz dokonał w Zrzeszeniu Kół Pułkowych Kawalerii II RP w Londynie.

zob teĹź:

Witamy na oficjalnej stronie poświęconej 19 Pułkowi Ułanów Wołyńskich im. gen. Edmunda Różyckiego oraz Stowarzyszeniu Pamięci 19 Pułku Ułanów Wołyńskich w Opolu

http://www.ulan-wolynski.org.pl

Sąsiad

 Historia zwykła jak życie

Tońka, nie przeszkadzaj – mówi sąsiad, choć Pani Antonina nie zdążyła jeszcze nic powiedzieć, za to ciepło uśmiechnęła się i serdecznie zaprasza na mały  poczęstunek. A sąsiad, jak to sąsiad, zawsze chętny do pogawędki, snuje potoczyście, nie kończące się opowieści. Któż go nie zna na osiedlu? Starsze pokolenie chyba wszyscy. Najmłodsi coraz mniej.  Cóż cywilizacja pognała do przodu.  Tam gdzie kiedyś było uprawne pola dziś swoje palczaste  bryły blokowisk rozpostarła spółdzielnia mieszkaniowa wpuszczając korzenie dla setek mieszkających tu teraz brzeżan. Nowi mieszkańcy zdołali się już tu zadomowić. To bloki na ul. Makarskiego.

Lecz wówczas, kiedy Pan Józef  Sadowiński przyjechał tu  w 1945 r. to był prawdziwy Dziki Zachód. Na osiedlu południowym w Brzegu przylegającym do poniemieckiego basenu  wówczas kwaterowali radzieccy oficerowie.  Zajęli oni miejsce po wypędzonych w styczniu Niemcach. Strach było tędy chodzić. Gwałt i śmierć w nieoświetlonych uliczkach były pieczęcią zdobywców, którzy z zapalczywością gromadzili wojenne łupy.

Pan Józef wspomina, że na osiedlowych uliczkach stały kolczaste zasieki, a on sam jakiś czas  mieszkał z Niemcem, który nie zdążył uciec przed frontem. Było tak że w jednym domku  mieszkali: Niemcy, Polacy ze Wschodu i Rosjanie.

Powoli sowieckie wojsko zaczęło ustępować, a tam mieszkania zajmowali repatrianci ze Wschodu i powracający z Niemiec więźniowie obozów i przymusowi robotnicy. Zresztą na „ziemie odzyskane” zjeżdżali wszyscy, którzy z najróżniejszych względów zaczynali tutaj życie od nowa.

Na osiedlu zwanym Południowym, oddalonym od centrum miasta, z ogrodami i komórkami w latach czterdziestych, pięćdziesiątych  i jeszcze później wszyscy się znali. Życie toczyło się rytmem właściwym bardziej dla wsi niż miasta, zwłaszcza że na obrzeżach były uprawiane  działki – pola. Więzi między sąsiadami były inne, bardziej sąsiedzkie.  Mieszkał sąsiad który miał konia , wóz, pług, brony i woził węgiel a w wolnych chwilach orał sąsiadom działki. Dziś najstarsi sąsiedzi wykruszają się, odchodzą zabierając ze sobą kawałek tamtego świata.

Ale wróćmy do sąsiada. Otóż znany z gawędziarstwa, pełen życzliwości do ludzi, zawsze szczery, nie zdarzyło się bowiem, aby nie ugościł jakąś przekąską, nie poczęstował, nie mówiąc o napitku własnego wyrobu,

siadywał na ławeczce  koło domu, zawsze znajdując grono  oddanych słuchaczy i opowiadał…

…Było to przed wojną, kiedy u dziedzica słuĹźył jako kucharz. Dziedzic miał dwĂłr w  Turka – Borszczewie i tysiąc morgĂłw ziemi w Tarnopolskiem.  Tak a propo`s  trunkĂłw wyrabiali u dziedzica najróşniejsze trunki, z czego win aĹź 14 gatunkĂłw w wielkich beczkach zaopatrzonych w kraniki. Zamiłowanie do wyrobu wina sąsiadowi pozostało do dzisiaj. Potrafi zrobić taki bukiet smakowy, Ĺźe trudno odgadnąć, co Ăłw tworzy, lecz zawsze smakuje wybornie. Pij  – zachęcał – bo to na zdrowie, na apetyt, na krążenie. Dobre na wszystko. Dobre, bo smaczne.

W czerwcu   1999 r.   Józef i Antonina  Sadowińscy  obchodzili swoje  60- lecie pożycia małżeńskiego.

Wspominali mając kawał życia za sobą.

Poznaliśmy się przez herbatkę – wspominał JĂłzef Sadowiński, – Chłopak byłem… (tu przeciągłe cmoknięcie miało wyrazić samouznanie). Z wojska na urlop przyjechałem.  To było po pierwszym roku słuĹźby. Mundur miałem piękny. Była szabelka, ostrogi, przecieĹź w ułanach słuĹźyłem.  W 1936 r. powołany zostałem do wojska, trafiłem do ….. Dostałem urlop, przyszedłem  do siostry Tońki w Zabudowie, juĹź mężatka, a Tońka (Ĺźona Antonina) szprotka jeszcze wtedy była.

– To ja jemu herbatę zrobię – ofiarowała się i tak mnie tym ujęła, Ĺźe mĂłwiąc po prawdzie, jak ona tą herbatę podała, pomyślałem:  „ona będzie moja”. Tak teĹź się stało.

Życie przędło swoją nić.

A któż z sąsiadów nie zna barwnych opowieści starego ułana, co to żołnierskie życie zna od kuchni. Słyną z tego że lubił : kobitki, smacznie zjeść, snuć gawędy i śpiewać, a przy tym przypominać kresowe piosenki, dumki, dykteryjki , rusko – ukraińsko – polskie powiedzonka i przysłowia. Rzecz jasna że czym dłużej opowiadał, tym bardziej dosadne i rubaszne się stawały. Lubiany za tą gawędę często stawał się duszą towarzystwa  na imieninach, chrzcinach, czy weselach. Lecz jak się rozrzewnił, uderzał w bardzo krwawe, bolące wspomnienia. I rzecz szczególna – to raczej obrazy, sytuacje, ludzie, klimaty niż dramaturgia mająca swoją akcje.  Swoją wiedze o przeżyciach opowiadał zapadłymi w pamięci fragmentami, jako że często przeskakiwał z miejsca na miejsce z czasem w inny odległy czas.

Dramatyczne obrazy pojawiają się z kampanii wrześniowej 1939 r.  kiedy walczyli w Puszczy Kampinoskiej w sławnej bitwie nad Bzurą, gdzie śmierć kosiła skrupulatnie towarzyszy, a pułkownicy sobie w skroń strzelali. Ułańskie konie z rozległymi ranami ginęły w cierpieniach rĂłwnie jak ranni kompanii, ktĂłrzy natarczywie prosili o śmierć. Sam takĹźe zostałem ranny – opowiada. – Przysypanego w piachu odnaleĹşli mnie sanitariusze.  Dopiero w warszawskim szpitalu pozbierałem się, lecz tułacza droga powiodła  mnie z powrotem na wschĂłd w ramach wymiany chorych między Niemcami a Rosją.

Wraz z innymi więźniami jechałem pociągiem , w którym wszyscy byli przekonani, że wiezie nas na śmierć. Jednak ja ocalałem. Dane mi było wrócić  do matki, do domu. Chory jeszcze i wycieńczony ostatni etap odbyłem piechotą, około 20 km brnąłem nocą w marcowym  chłodzie. Nad ranem odnalazł  mnie mój własny pies. Paskiem od spodni uwiązałem psa, który przywlókł mnie na próg domu.

Następna fala tragicznych przeżyć wiąże się z mobilizacją do drugiej Armii Wojska  Polskiego, tworzonej w ZSRR.

– Z armią Berlinga trafiłem znowu pod Warszawę, gdzie z przeciwległego brzegu Wisły przyglądałem się, jak dogorywa Powstanie Warszawskie. Po raz kolejny byłem ranny. Miałem roztrzaskaną rękę i odłamki w głowie. Trafiłem do szpitala w Otwocku. Był 1944 rok. Jak mi się nieco polepszyło, zacząłem pracować w kuchni szpitalnej. W kuchni miałem ciężką prace, ale takĹźe sposĂłb na przetrwanie. Obiad dawali późno, blisko godz.17.00.  Jedliśmy kaszę – taką nie płukaną. Bolało mnie serce na to jedzenie. MĂłwię do lekarki o tym jedzeniu, Ĺźe przecieĹź z tego moĹźna coś zrobić lepszego, a doktorka zaprowadziła mnie do kuchni tak  jak stałem – czyli w kalesonach. Parę dni się tam pokręciłem, dali mi mundur i powiedzieli: Będziesz tu zarządzał. Naczelnik to było fajne chłopisko, był Ĺťydem.  Spytał  skąd ja jestem i ile tam ĹťydkĂłw było? Tam, skąd ja jestem, było około 2 tysięcy. Będziesz tu pracował – mĂłwi. – Boję się tu pracować – mĂłwię, – bo tu wszystkie Ruskie, choć ja po rusku mĂłwię.

– Ciekaw jestem, czy oni mnie nie oszukują – no nic to – mĂłwi – musisz pracować. Ty będziesz pracować, a oni ciebie będą słuchać.

Rok tam pracowałem. Kuchnia poszła w ruch. Oni wyrzucali kartofle, bo nie chcieli ich wyskrobywać, a przecież żołnierz chciał jeść.  Poszedłem do naczelnika i mówię, że wezmę do pomocy chorych, bo kartofle się marnują i jarzyny też. Doktorka dała mi 50 chorych. – Ja ich nakarmię – mówię. – One biedne tak przez okno zaglądają, a my tylko w lesie i w lesie, kobiety nie widzieli. A były tu dziewczęta, Kozaczki i Ruskie więc posadziłem pięciu chłopaków, a jedną między nich. -  Weź go pocałuj – mówię – i ze śpiewem.

Ze śpiewem obierali kartofle. Oni je ubierają, a ja im obsmażkę  robię, z baraniną i z kartoflami.  -  Harna kartoszka – chwalili. Kluski zrobiłem im maszynką. Żebym co ukradł, a to nie, bo inni podkradali i wynosili.

Ja im podsmaĹźył, najedli się i szło. Przyszła  następna zmiana i naczelnik pyta: – Jak to jest, przedtem były takie małe porcje, a teraz takie duĹźe?  A ja mu nic nie mĂłwię, Ĺźe juĹź drugą zmianę kartofle skrobią.  Chłopaki wyskrobywali te ziemniaki po wojskowemu, cieniuśko.  Pani, dobrze mnie było, ale to był juĹź koniec. Pracowało się co dzień, po 20 godzin, ale obiad był gotowy na pierwszą godzinę. Tak ciągnąłem.

Powoli zaczęli robić odprawki i zwalniać do cywila. Raz przyszedłem po nocy, połoĹźyłem się, a tu słyszę: „JĂłzik,  wstawajsja” – Czto takoj? ( tu padło sążniste przekleństwo), kopnąłem go zły. – Ty mnie nie trogaj, Jak ty przyszedł ze zmiany, to ja ciebie nie ruszam – mĂłwię. – PomoĹźesz jeszczyk  pryniesti. – Waśka, ja jeszczyki tobie nie pomoĹźu  niesti. Ty mnie nie znajdziesz. Ja połoĹźyłsja  oddchać , a ty mnie nie targaj. A on – JĂłzik, wstawaj jaszczyk…!  Ja się patrzę, a to moja baba przyjechała,  patrzę się, a tu i dzieciak jest.

– Pani,  takie brudne byli, mam jeszcze zdjęcie. A było tak: dwĂłch Ruskich pojechało po prowiant. Ĺťona na stacji ich spotkała  i pyta: gdzie jest BorĂłw i szuka takiego JĂłzika na kuchni?  Oni jej na to, Ĺźe jest, ale z takimi usami (pokazują na wąsy). A ja rzeczywiście wąsy zapuściłem, byłem jako demokrata: „Z przodu łata, z tyłu łata  i to cały demokrata”.    Tak teĹź przywieĹşli mi niespodziankę. Zaraz poleciałem do naczelnika i mĂłwię mu: Ĺźe Ĺźonie Ukraińcy zamordowali rodzicĂłw i jest tutaj – opowiadam mu. Chciałem, Ĺźeby mnie zwolnili, ale on mĂłwi:

– Co, Ĺşle ci tu?  Masz jedzenie, spanie. Zabierali jeszcze wtedy Ĺźołnierzy frontowych w Bieszczady. Naczelnik mĂłwi do mnie: – PrzeĹźyłeś wojnę, to czego. SiedĹş cicho. Nie zginąłeś na froncie, to tam zginiesz.

Raz przyjechała komisja, sprawdzali frontowych. Mnie ostrzegła siostra Lubka, Kozaczka ze szpitala. Uciekaj do lasu – uprzedziła. Więc ukryłem się przed komisją.  Żonę w drodze obrabowali, została bez niczego, ale z dzieckiem i starym kocem. Nie było źle. Kwaterę miałem, żonę, dziecko, a jeszcze chciałem do cywila. Byłem wyczerpany, praca była ciężka, 24 godziny na dobę.  Tyle tylko, co głowę gdzieś przyłożyłem. A były dwie kuchnie do obsłużenia, bo część wojska odprawiana  była, wyjeżdżali do Rosji.

Czasem późnym wieczorem przychodził pułkownik, enkawudzista. Stuk, puk w drzwi – słyszę. – Co tam? – pytam. A on to był wielka szyszka. Zawżdy prychodił  poszamać  – (zawsze przychodził zjeść). Litra wódki ze sobą przyniósł, chciał sobie pojeść tatara. Pojadł, popił i poszedł. A resztę kazał posprzątać. Mój kapitan chciał, żebym zrobił  jakieś nieporozumienie z nim. Mówi do mnie: Nie dawaj jemu jeść, bo on ciebie zamknie. Bo powie, że ty kradniesz i jemu dajesz. – Kola – mówię – ja jemu dał pokuszać, a on wyniósł. Jak przyszedł drugi raz, ja jemu wódkę wyciągnąłem. On mi mówi:

– JĂłzik, kakoj ty durak, ja tobie to ostawił. (jakiś ty głupek, ja tobie to zostawiłem). A ja jemu mĂłwię, Ĺźe mnie tu pić nie wolno. Po prawdzie w kuchni nie piłem wĂłdki wcale.

Z melancholią wspominam sowieckiego oficera, co mi przysługę oddał.  Był człowiekiem. Pewnego razu przyszedł na kuchnię. Pozaglądał, pozaglądał, a było już dobrze po północy. Mówię mu, że wszyscy odpoczywają, w garnkach naszykowane, wrze (bo kotły parowe), kartofle naskrobane. A on:

– No ładna (no dobrze). Pochodził po dziurach, pozaglądał wszędzie. Ale nic, nikogo nie było.

– Wsio w pariadku (wszystko w porządku?) – pytam. A on ręką za pazuchę sięga i coś wyciąga. Myślę, że będzie strzelać. A on:

– Ty masz  dokumenty, ty urze graĹźdanin (jesteś obywatelem). – Bieri Ĺźenu, – mĂłwi – rybionku i ujeĹźdĹźaj, gdie choczesz. (Bierz Ĺźonę, dziecko i wyjeĹźdĹźaj, gdzie chcesz). Podziękowałem mu, uścisnąłem. Ty juĹź jesteś cywil, masz tu Ĺźonkę, dziecko, jutro juĹź do pracy nie wychodĹş, a ja mu tłumaczę – Towarzyszu pułkowniku, ja muszę obiegĂłwkę zrobić. On mĂłwi

– Ciebie odchodnaja nie dotyczy. Ty pracujesz jako chory. Ty tu nie jesteś na etacie. Ty im łaskę robisz. Rano przyszedł Kola, mój kapitan i budzi mnie.

– JĂłzik, wstawaj do roboty. Straszył, groził, w końcu prosił i prĂłbował czym to mnie przekupić, Ĺźebym poszedł do pracy. – Nie pĂłjdę – mĂłwię – poza tym muszę się za 24 godziny zgłosić w wojskowym biurze meldunkowym.

Nina Sergiwna, doktorka zapytała mnie, czy ja mam coś na drogę.

– Towarzyszko wracz (doktorko), ja nie mam nic, poza okrągłe palce. Jestem szczęśliwy, żem przeżył wojnę, jestem między ludźmi i tak będę żył.

Od niej przez dwóch braci  Wilniaków, co robili też na kuchni, dostałem kuferek smalcu i worek mleka w proszku. To już bidy nie ma – myślę sobie. Wieszczowyj mieszok* (*legendarny plecak żołnierzy sowieckich) wziąłem ze sobą i pojechał do żony, która tymczasem ulokowała się u rodziny w Tarnowie. Wyruszyłem na Śląsk do Boborowa szukać miejsca do życia. Potem trafiłem do Wlenia, koło Jeleniej Góry, ale tam wszystko było zaminowane.  W Brzegu byłem trzy razy, kręciłem się, ale tu w każdym domu były Ruskie. Na tym osiedlu, gdzie teraz mieszkam, spotkałem jednego, co mówił po polsku, pytam się go, czy nie chce się tutaj osiedlić? A on na to, że jest Niemcem i on się tutaj nie osiedli, bo on i jego żona tutaj mieszka.

– Panie – mĂłwi do mnie – weĹş sobie, bo moje juĹź wyszabrowane.

Panie Hanclik – mówię – ja nie jestem partyjny, nie jestem NKWD ani gestapowiec, nie chce osiedlać się tak na chama. To on na to:

– Jak tak, to zapraszam do mieszkania. Ja wchodzę i widzę obrazy święte, przeĹźegnałem się do obrazu i pocałowałem go. Patrzę, a tam siedzi jego matka.

– Pana żona to będzie moja matka – mówię – a Groβmuter (babcia),  to będzie mojej żony matka.

Tak teĹź się tu zakwaterowałem. W Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym dostałem kartki jako wojskowy i zaraz po zameldowaniu wrĂłciłem do Ĺźony do Tarnowa. Na ulicy kupiłem kozę. Głupio jakoś, bo Ĺźołnierz, a kozę prowadzi, ale – myślę sobie – będzie mleko. Ĺťona z rodziną z Jarosławia wyjechała wagonem towarowym. W Brochowie, kiedy stali na bocznicy, Ĺźona poszła za chlebem i śledziami. Wagon doczepili, a w międzyczasie koza się okociła. Pociąg ruszył, a tu małe koĹşlęta, zaś Ĺźona przepadła. Dojechaliśmy do Brzegu, a Ĺźona – widzę –  idzie. Dojechała pociągiem osobowym. Z PUR-u przyjechali zaraz spisywać. Szybko wysiadłem, bo przecieĹź ja juĹź byłem zarejestrowany. Idziemy do tego nowego domu na osiedlu za torami, wspĂłlnego z niemiecką rodziną, gdzie Ruskich było pełno na kaĹźdym kroku. Przyprowadziłem Ĺźonę, kozę i dzieciaka, a Hanclik na ten widok do mnie mĂłwi: ile ty masz Ĺźon? A ja się śmieję, ta wcześniej to była poĹźyczona, a teraz jest prawdziwa. I tak Ĺźeśmy się osiedlili. PrzywieĹşliśmy ze sobą całą walizkę jaj. Był  wielkanocny piątek  1946 roku.

Zacząłem kręcić się za robotą. Chciałem do Fabryki Silników, a oni że chcą spawalników. Poszedłem do naczelnika na stacji kolejowej i mówię:

– Dzień dobry – A ty Jóźko, ty skąd – pyta Naczelnik Dąbrowski. On mnie nie znał, tylko po akcencie poznał, Ĺźe to swĂłj, znaczy  zza Buga.

– Panie Dąbrowski, – mĂłwię, – chciałem się do jakiejś roboty złapać.  W tym czasie Ekspedycję zajmowali, więc dzwoni i pyta zawiadowcę, Ĺźe tu jakiś inwalida wojenny chce trawę kosić. Zgłosiłem się na odcinek drogowy i oni mi  mĂłwią:

– JuĹź tu od dzisiaj pracujesz. Zbieraliśmy jeszcze trupy. Byli jeszcze Niemcy.

Pewnego razu przychodzi zawiadowca odcinka drogowego i szef stołówki Pan Surma. Wołają mnie:

– Choć na stołówkę, bo tam taki burdel jak choroba – mĂłwi Surma.

Poszedłem. Kotły były w takich blaszakach powyginanych, poniszczonych, że wszystko to na nic. W Brzegu była fabryka kotłów wojskowych i bagnetów. Więc furmanką pojechaliśmy po kotły. Surma bał się, ze  Ruskie nie dadzą. Przyjechaliśmy, a Ruskie pytają: po co?

To ja po rusku, Ĺźe

– Nada sup warić, (trzeba zupę ugotować) – na co Ruskie:

– Biery, czort z tamoju. (Zabieraj, czort z tobą).

Kuchnia szła, wszystko nabierało normalności. Jedzenie nie było najgorsze. Aż tu Naczelnik Dąbrowski mówi do mnie: ty wyrywaj stąd, bo kuchnię będą likwidować. Roboty nie było, ale ja pojechałem do Wrocławia, świstek załatwiłem na skierowanie. I tak mnie zatrudnili jako żołnierza i inwalidę wojennego. Tak też przepracowałem na PKP do końca.

Tu, na osiedlu mieszkało jeszcze kilkoro NiemcĂłw, ale reszta – to juĹź byli Polacy. Temu Hanclikowi,  jak się zbierał do wyjazdu, powiedziałem:

– Niech Pan zostanie, Pan po polsku rozmawia, ja Panu krzywdy nie zrobię, a ja sobie gdzieś mieszkanie poszukam.

– Wam  przyszedł rozkaz jechać i nam przyszedł rozkaz jechać – mĂłwił mi. Miał liczną rodzinę. Prosił, Ĺźebym przez dziesięć lat stąd nie wyjeĹźdĹźał, bo zaraz rozszabrują mieszkanie, a my za dziesięć lat tu wrĂłcimy – tak mĂłwił.

Ruskie byli wszędzie, w Pępicach,   Żłobiźnie,  Skarbimierzu, Brygidkach, i w całym mieście. Wieczorem trudno było na osiedlu przejść, żeby nie zostać zatrzymanym. Na osiedlu mieszkali oficerowie, ale i motłoch. W budynku obok szkoły (na 1-go Maja) stała radiostacja. Kiedyś nawet mnie zamknęli, obok dzisiejszego PKS-u, jak szedłem na noc do stołówki. Przyszedł oficer, potem drugi, pytają, co ja tu robię? A ja mówię, że pracuję na kolei, no to mnie odprowadzili.

***

Pochyleni nad zdjęciami urwaliśmy tok wspomnień, bo wszystkich przecież nie sposób jeszcze raz przeżyć. Życie jest przecież takie bogate, lecz ten skrawek pomyślałam warto zanotować.

Jolanta Krzewicka

Š wszelkie prawa zastrzeşone

Tę historie odszukał z archiwaliów Kuriera Brzeskiego Krzysztof Sołtys. Wielkie dzięki. Ukazała się ona w 2 odcinkach w 1999 r.

Informacja.
Pan Józef Sadowiński ur. 1915 r. zmarł w 2015 r. Przeżył 100 lat. Na Osiedlu Południowym w Brzegu mieszkał przez 70 lat. Jego żona  Antonina Sadowińska     przeżyła 86 lat,  zmarła w 2007 r.

Turka – miasto na Ukrainie, w obwodzie Lwowskim. Do 1939 r. Turka była miastem powiatowym w woj. Lwowskim w Polsce. Teraz Turka jest oddalona o niespełna 13 km od granicy z Polską. Liczba ludności – 7 140 osób  ( 2013 r.)